Spotykam przypadkiem koleżankę z liceum. Nie widziałyśmy się ponad 20 lat, cmoku, cmoku, pięknie wyglądasz, nic się nie zmieniłaś, ochy i achy, wpadnij do nas, pogadamy. Wpadam. Mieszka w ogromnej willi z jeszcze większym ogrodem i nowiuśkim BMW przed garażem. Na stole przekąski z tofu i markowe trunki, kupiłam co prawda wino, takie lepsze, za 20 złotych, ale w końcu zostaje w torbie, bo jakoś mi głupio. Rozmawiamy, pijemy, żartujemy, wydaje się, że więcej nas łączy niż dzieli, bo przecież obie skończyłyśmy to samo, renomowane liceum, bo obie jesteśmy po studiach, mamy mężów i dzieci w podobnym wieku, i obie śmiejemy się z Ucha prezesa. Po spotkaniu jej mąż odwozi mnie do domu, żonę też zabiera, wjeżdżamy w blokowisko 10-piętrowych budynków.– To tutaj – mówię, wskazując na jeden z nich. Koleżanka wybucha perlistym śmiechem, ale dobry żart, rozbawiona uderza otwartą dłonią w swoje kolana; zauważa, że ja nie śmieję się wcale, ale nie ociera łez rozbawienia i dodaje: – Ty TU mieszkasz? Poważnie?

W latach 1989-2015 realny dochód gospodarstw domowych najbogatszego procenta Polaków wzrósł o 458%. Dochód biedniejszej połowy społeczeństwa wzrósł w tym czasie jedynie o 31%. A wy nadal nie wierzycie w nierówności? – pyta Marcin Wroński na stronach Krytyki Politycznej (2017).

No tak, trudno nie wierzyć w nierówności, skoro ja mieszkam w 10-piętrowcu na osiedlu podobnych bloków, a nie w wielkim domu jak koleżanka z liceum. Samochodu już nie mam, bo trzeba było sprzedać i pieniądze przeznaczyć na zakup M3. Do pracy jeżdżę autobusem, szpilki noszę w torbie, żeby wyglądać jak należy, a jednocześnie jakoś dotuptać, często w deszczu, błocie i śniegu z jednej firmy do drugiej. Biedna nie jestem, bo takie stwierdzenie byłoby obrazą boską dla wierzących albo obrazą ludzką dla wszystkich, którzy mają jeszcze mniej. Bogaczem też, rzecz jasna, nie jestem, więc mieszczę się w średniakach, których, jak podaje Wroński, dochód wzrósł ledwie o 47% (2017).

Ale nie narzekam. Nie domagam się równości, nie oczekuję od rządu, że bogatym zabierze, a biednych i średniaków, czyli mnie, uposaży. Bo nierówności są naturalnym przejawem zdrowej różnorodności. A nie każdy bogaty jest bufonem, jak koleżanka z liceum – innego dnia spotykam drugą znajomą, tym razem z podstawówki, umawiamy się na kawę, przyjeżdża po mnie do pracy równie nowiuśkim, tym razem audi. Siadamy w barze, pijemy latte, koleżanka pokazuje zdjęcia swoich dzieci z wakacji w Saint Tropez albo Toskanii, uwierzysz, byliśmy w tym samym hotelu co Mucha, ta aktorka! Ja tymczasem głębiej do torebki wciskam zdjęcia z wakacji, bo też przyniosłam, z kempingu w Siewierzu albo domu wczasowego Relaks w Wiśle, żeby przypadkiem nie wypadły, bo chciałam jej pokazać, ale teraz trochę mi jednak głupio. Koleżanka zawozi mnie do domu, wspominam po drodze, że myślę o zakupie samochodu, na co ona ożywia się i entuzjastycznie proponuje: – Wiesz, ja ostatnio sobie przywiozłam z Niemiec to audi, przywiozę ci takie jak chcesz, naprawdę po okazyjnej cenie, nie więcej niż 80 tysięcy! Natychmiast zauważa jednak moją nietęgą minę i szybko dodaje: – Ale jak chcesz, to jakiś tańszy też ci pomogę znaleźć, taki za 10-15 tysięcy, może być?

Obie mają pieniądze, drogie samochody, piękne domy i dostatnie życie. Z tym, że o ile sukces tej pierwszej ogranicza się do małżeństwa z bogatym mężem i chwalenia się na prawo i lewo swoim nowobogactwem, ta druga naprawdę sobie na to zasłużyła: wyjechała do Anglii z rodzicami, kiedy miała 14 lat, studiowała ekonomię w renomowanej uczelni, co roku pracowała na stażach w równie renomowanych firmach, włada trzema językami równie biegle jak po polsku, ze swadą i humorem prowadzi szkolenia dla setek osób, jest przy tym przedsiębiorcza, zaradna, pewna siebie, zabawna, towarzyska i wygląda jak milion dolarów.

Ja tymczasem też wyjechałam mając 14 lat, owszem, ale z Tychów do proletariackiej dzielnicy Katowic, skończyłam, owszem, uniwersytet, ale dość podrzędny, zamiast na stażach spędzałam wakacje pod namiotami z chłopakami, po angielsku mówię dość biegle i na tym koniec, a biznesów unikam jak diabeł święconej wody, bo boję się ryzyka. Do tego jestem gburowata, nie lubię ludzi; szkolę, owszem, ale wyłącznie swoje dzieci, bo audytorium większe niż dwoje wpędza mnie w nerwowy dygot, a zanim do kogoś zadzwonię w biznesowej sprawie muszę chlapnąć setkę, bo inaczej konwersacja się nie klei. I do tego średnio wyglądam.

Wy nadal wierzycie, że powinnyśmy zarabiać tyle samo?!

Nierówności – pisze dalej Wroński – nie tylko szkodzą demokracji, czy zdrowiu publicznemu, ale także osłabiają wzrost gospodarczy (2017). Być może tak jest, ale nie z powodu samego zróżnicowania dochodów, lecz wzajemnej zawiści, która temu towarzyszy. Bo bardzo nas boli, że ktoś ma więcej, bo zazdrościmy, zieleniejemy z zawiści, życzymy źle. I zapominamy o tym, że sukces finansowy to konsekwencja talentu, wykształcenia, przedsiębiorczości, ciężkiej pracy, szczęścia, albo wypadkowa powyższego. I jeśli tego nie mamy, nie możemy mieć pretensji do losu albo co gorsza innych, bo oni mają więcej. Bo jak mogę zazdrościć Musze wakacji w Toskanii, skoro ona przekonująco wciela się w Madzię z M jak miłość albo w Damę u Mrożka, a ja tego nie potrafię? Albo jak zazdrościć Twardochowi mercedesa, skoro jego ostry intelekt równać się może tylko wprawności jego pióra, a ja nawet w połowie nie jestem taka błyskotliwa? Jak zazdrościć znajomemu lekarzowi, który mieszka w imponującej willi i dom buduje w Beskidach, skoro potrafi poskładać roztrzaskane w miał kolano i nastawić wybite biodro, a ja nie potrafię? Nie zazdroszczę także znajomemu wydawcy, który widział w internetach potencjał na biznes w czasach, gdy wszyscy, ja także, pukali się w czoło. I nie zazdroszczę znajomemu górnikowi, który przeszedł na emeryturę w wieku lat 45, że buduje dom i w końcu ma czas na grę na gitarze, po 25 latach harówy pod ziemią, wśród gazów, pyłów i ze świadomością, że każdy zjazd na dół może być tym ostatnim. I nawet nie zazdroszczę koleżance z liceum, bo miała szczęście wyjść bogato za mąż, a ja wyszłam za mąż, i tyle. Nie, jej też nie zazdroszczę.

Bo nie jesteśmy równi. I nie możemy zarabiać po równo. A jeśli państwo bierze się za wyrównywanie nierówności, to zwykle równa w dół, bo nie ma (chyba) takiego kraju, gdzie wszyscy mają dużo. Zresztą były już próby wprowadzania równości i jak historia uczy, mało się sprawdziły. Bo równo znaczy g…o i zaburza naturalny instynkt człowieka do rozwoju, gromadzenia, lepszego życia. A choć lepiej mieć dużo niż mało, to zawsze lepiej mieć mało niż g…o.*

Przypisy:

Wronski, M. (2017). Najnowsze badania nierówności w Polsce pokazują, że przypływ nie unosi wszystkich łodzi, Krytyka Polityczna, 7.12.2017, http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/badania-nierownosci-polska/

*Ostatnie zdanie jest parafrazą słów Marii Czubaszek, znanej z wielu błyskotliwych powiedzeń, która powiedziała, że lepiej być młodym niż starym, ale lepiej być starym niż martwym:-)

 

 

 

 

 

 

Advertisements