Sądząc po najczęściej googlowanych hashtagach, nadal kochamy blue ombre, mermaid, lavender i candy hair – czytam w lipcowym wydaniu miesięcznika Glamour (str. 93), który reklamuje się jako twoje źródło informacji o modzie, urodzie oraz rozrywce. Moje źródło? Jak to moje, skoro ja z całego zdania rozumiem jedynie nadal kochamy oraz i?!!!

Dlaczego nie można zwyczajnie napisać: …nadal kochamy błękitne włosy (albo włosy tonowane na niebiesko), lawendowe, cukierkowe albo efekt syreni? Jakoś gorzej to brzmi? Mało światowo? Cebulowato/januszowato? Albo używając staroświeckiego języka: pospolicie? Niebieskie włosy są jakoś mało eleganckie, od razu kojarzą się ze źle pomalowaną nastolatką w stylu gothic. A blue ombre to przecież inny wymiar, kwintesencja elegancji, wielki świat, powiew najnowszych trendów, delikatny zapach Coco Chanel znad Paryża, catwalki Nowego Jorku i żony Hollywood…

Naprawdę?

Każda branża ma swój żargon, specjaliści od mody i urody nie są tutaj żadnym wyjątkiem. I tak: zwykły człowiek wstaje rano z łóżka, lekarze się pionizują. Mówią hipotensja na niedociśnienie, i krwawienie śródczaszkowe na wylew, a do wglądu oskrzeli zamiast rurki stosują bronchofiberoskop. Pracownicy zakładów pogrzebowych są jeszcze gorsi: zmarły może iść do dębowego szlafroka albo garnituru. Trumna to także balonówa (trumna o opływowych kształtach), beczka, cerkiewka (prosta i tania), fujara, kajak, mercedes (drogi model, w kolorze metalik) albo lotnik (model trumny dla wysokich i postawnych). Prawnicy z kolei zamiast szukać adekwatnego przepisu prawa, często poszukują odpowiedniego aktu normatywnego, który jest konstytucyjnie legitymowany (Tobolewski, 2016). Nawet ogrodnicy do pielęgnacji trawnika nie używają zwykłych kosiarek, lecz mają swoje glebogryzarki i wertykulatory.

No tak, więc czemu czepiać się branży modowej, a raczej branży fashion? Bo żargon lekarzy, grabarzy, prawników i ogrodników to ich wewnętrzny system porozumiewania się, kod tylko dla nich zrozumiały, którym porozumiewają się miedzy sobą. A żargonu mody używają nie tylko stylistki i projektanci, ale także czasopisma i portale społecznościowe, dzięki którym taka nowomowa wlewa się i wpycha do codziennego języka i tak naprawdę niepotrzebnie go zaśmieca. Do tego bywa niezrozumiały, bo często spolszczonych wersji angielskich słów nie można nawet znaleźć w słowniku. I taka na przykład Yasmin Sewell jest nie tylko konsultantką i ikoną mody, ale także buyerką, szefową showroomów, najbardziej pożądaną freelancerką, kiedyś miała i nosiła boyfriendy, a jej butik szybko stał się jednym z najbardziej hipsterskich spotów w mieście. Nic więc dziwnego, że doświadczyła powszechnej celebracji unikatowości. Dzisiejszą modę kreują fashionistki i influencerki. Chillując się przy chilloutowej muzyce zastanawiają się, co nowego w street style’u; radzą, jakie kupować sneakersy albo creepersy, czy nadal nosić oversize’y (naprawdę nie wiem, jak to pisać) czy może lepiej kurtki vichy w deseń vintage albo zamszowe shoppery i puffer jacketsy, na głowę bucket haty najlepiej w grunge’ową kratę, a na nogi rave’owe platformy, bo to dziś najczęściej share’owany but sezonu albo klasyczne mary janesy. Ważne zdaje się nie tylko co się nosi, ale także jak: nie wystarczy mieć casualową kurtkę, trzeba ją jeszcze nosić off-the-shoulders. Trendsetterki promują przy tym kreatywność zamiast serwować konkretne looki, zachęcają do polowania na basiki na internetowych outletach i w ogóle promują określony tryb życia – nie myślą zbyt dużo o hajsie, dzień zaczynają od sprawdzenia, czy na Insta przybyło im followersów i wyczekują creditsów, pilnie przestrzegają dress codów, posiłki jadają z lunchboxów,  spotykają się na fashion weekach, a jeśli ktoś followuje je w social mediach albo jest modowym freakiem, wysyłają na shopping w modnych lokalizacjach. A żeby udanie zacząć dzień trzeba sobie zrobić makijaż z blendowanego bronzera, włosy upleść w plemienny trybal i napić się smoothie, koniecznie z shakera, zwłaszcza w upały i voila, wszystko jest już ready!

Uff.

Ja tam wolę w upalne dni narzucić bonżurkę (tak, tę od męża) i pić zwykłą wodę z jeszcze bardziej pospolitej szklanki, a jesienią ubrać palto albo jesionkę i trzewiki zamiast mary janesów, i pójść na spacer do parku, nie po catwalku. W ramach kompromisu mogę ewentualnie skropić się kokoszanelem, a co!

PS. Bogate, a jakże słownictwo modowe zostało niemal w całości zaczerpnięte z pojedynczego, lipcowego wydania miesięcznika Glamour (2017).

Rysunek: Jacek Zygmunt

Przypisy:

Slang w branży pogrzebowej (2011) http://www.polskie-cmentarze.pl/Warto-poczytac/Ciekawostki/Slang-branzy-pogrzebowej

Tobolewski, A. (2016). Żeby język giętki… http://www.rp.pl/Rzecz-o-prawie/301169998-Zeby-jezyk-gietki.html#ap-1

 

 

 

 

 

 

 

 

Advertisements